• Czy swój wolny czas poświęcasz na pisanie lub rysowanie? Czy szuflady biurka w Twoim pokoju wypełnione są wierszami? Czy na każdym kroku w Twoim mieszkaniu można znaleźć rozrzucone kartki z opowiadaniami? Czy w każdym kącie Twojej sypialni tkwią szkice i rysunki? Czy lubisz zgłębiać tajniki duszy? Czy fascynuje Cię ambiwalencja ludzkich emocji?

          Jeśli odpowiedziałaś/odpowiedziałeś twierdząco na te pytania, musisz przyłączyć się do nas. Opublikujemy Twoje wiersze, opowiadania, grafiki w najnowszej edycji antologii z cyklu „Nie pisz do szuflady”, którą tworzymy w ramach projektu z antykiem w tle „Odi et amo” („Nienawidzę i kocham”). Przyłącz się do uczniów z klas IIIc1 i IIcg, którzy z nauczycielkami Izabelą Stasiak i Alicją Petrykiewicz przygotowują antologię w wersjach elektronicznej i papierowej – przyślij swoje prace do publikacji (nasz adres: fortunaj@lo8.elodz.edu.pl).

          Wyraź siebie! Zainspiruj innych!

           

          Julia Kubiak, 2cg

          Bez ciebie czeka mnie upadek

           

          Przez niedomkniętą szybę do wnętrza samochodu wdzierają się smród benzyny oraz wwiercający się w głowę wrzask klaksonów. Mariusz naciska guzik, by zasunąć okno. Teraz słyszy tylko popową muzykę dobiegającą z samochodowych głośników. Mężczyźnie przemyka przez głowę jakiś fragment z poezji współczesnej, ale nie jest
          w stanie go zacytować. Ostatecznie zmienia stację.

          — Jezu, Mariusz! Nie myśl o takich bzdurach! — ruga sam siebie.

          Nareszcie dociera na parking swojego biura i rozpoczyna dzikie polowanie na wolne miejsce. Nie było dziś udane: Mariusz będzie miał całe trzysta metrów do przejścia od samochodu. Mężczyzna wyłącza silnik chwilę po tym, jak przypadkiem zarejestrował słowa puszczanej w radiu piosenki  „Mam tylko jedno skrzydło…”.

          Wychodzi na powietrze, które wywiewa z jego głowy wszelkie niepowiązane z pracą myśli. Nie było ich dużo. W pracy wszystko bez zmian; „dzień dobry”, kawa, papiery, telefony, przerwa, papieros, tabelki w Excelu, kawa, rozmowa z szefem, telefony, „do widzenia”. Monotonne czynności zabierają Mariuszowi z życia kolejne osiem godzin. Chwyta płaszcz i wychodzi. Szybkie zakupy w supermarkecie i może wrócić do mieszkania. Na dziś Mariusz zaplanował przygotowanie projektu dla szefa oraz czytanie kryminału. Mężczyzna lubi bowiem od czasu do czasu oderwać się od rutyny ucieczką
          w zawiły świat zbrodni. Dobrze się też przy takich książkach zasypia. Żona gotuje obiad, a on pracuje. To ustalony porządek, na spontaniczność nie ma czasu i pieniędzy. Partnerka Mariusza nie dokłada się do rodzinnego budżetu, jest niespeł
          nioną aktorką, która aktualnie próbuje swoich sił w dziennikarstwie (należy dodać, że z marnym skutkiem).

          Wieczorem Mariusz czyta kryminał, coś o rodzinie królewskiej. Oczy mu się kleją, nie może oprzeć się senności i w końcu zasypia, a w jego uszach szumią pojedyncze słowa: skrzydło, lot, hałas… miłość? Tworzą melodię sielskiej kołysanki. Bohater czuje się dziwnie lekki. Próbuje oderwać stopy od ziemi, ale tylko naraża się na śmieszność, gdyż wygląda jak pingwin pragnący wzlecieć. Kątem oka Mariusz zauważa anioła ze skrzydłem – białym, wielkim, lśniącym, ale pojedynczym.

          — Nie da się lecieć samemu — przemawia anioł. Ma dźwięczny kobiecy os. Postać zbliża się. Teraz Mariusz może się jej przyjrzeć. Ma piękne rysy, choć trochę rozmazane, przynajmniej w oczach Mariusza. Jej włosy są białe niczym lilie, a usta w kolorze malin. Kobieta raz płonie rumieńcem,  raz trupio gaśnie, jakby się przeobrażała.

          — Kim jesteś? — pyta onieśmielony mężczyzna.

          — Wszystkim, za czym tęsknisz i czego pragniesz.

          Mariusz przytakuje, choć nie pojmuje znaczenia jej słów. Anielica wyciąga

          ku niemu dłoń, a on ją chwyta i czuje się jeszcze lżejszy. Oddaje jej kontrolę, a ona zaczyna poruszać swym skrzydłem. Mariusz kątem oka  zauważa, że on też ma skrzydło. Jest co prawda o wiele mniejsze, do połowy pozbawione piór, lecz i tak napawa go niewytłumaczalnym optymizmem. Nagle mężczyzna spostrzega, że wraz z anielicą unosi się nad ziemią.

          — Dokąd lecimy? — lekko zlękniony Mariusz zadaje mistycznej postaci pytanie. Skrzydlata kobieta patrzy na niego.

          — Dokąd chcesz.

          Mariusz cieszy się jak dziecko, ale niemalże od razu orientuje się, iż nie

          wie, dokąd chce polecieć. Słyszy głos dobiegający z lewej strony.

          — Możesz uciec od codzienności.

          — Nie leć za wysoko, Mariusz. Leć przy ziemi. — Pojawia się głos z prawej.

          — Przy ziemi nie ma marzeń — odzywa się nagle kobieta, jakby słyszała

          te nowe, nieznane głosy.

          Marzenia…Mariusz czuje słodki zapach szarlotki i miły głos mamy.

          Patrzy w górę, gdzie widzi żywe kolory. Kuszą go, bo tak bardzo kontrastują z jego szarymi myślami. Pracownik korporacji zaczyna mocniej machać mizernym skrzydłem. Czuje ciepło, bicie serca. Znów słyszy głos z prawej strony, który coś krzyczy, ale Mariusz pozostaje głuchy na wszelkie słowa i ostrzeżenia. Ciepło, kolory, marzenia…są tak blisko! Mariusz już czuje ekstazę, już…

          Rozlega się przeraźliwy wrzask. Czuć zapach spalenizny. Zamiast kolorowych snów jest czarna toń wody. Towarzyszka Mariusza zniknęła, chyba poszła na dno.

          — Obudź się – odzywa się Dedal dźwiękiem budzika.

          Mariusz otwiera oczy. Próbuje odnaleźć wzrokiem białowłosą kobietę, ale widzi tylko swoją żonę. Ze zdziwieniem odkrywa, że ona także ma swoje skrzydło, lecz złamane i przypalone.

          — Nie bój się, nie grozi ci to — mówi budzik.

          Mariusz dotyka ze strachem swojego skrzydła. Czuje chłód łańcucha.


          Julia Denys, 2cg

           

           Miłość transgeniczna

           

          Maciej Pospieszyński zwlókł się z kanapy w swym przestronnym mieszkaniu na setnym piętrze nowoczesnego wieżowca. Dotychczasowa żywotność mężczyzny wyparowała gdzieś na rzecz wszechogarniającej beznadziei. Powodem jego zmartwień była pewna kobieta.

          – Ech, te baby… – Maciek podrapał się nerwowo po głowie. – Jak ja ich nienawidzę! Przynoszą same problemy! – Poprawił okulary, po czym cisnął nimi
          w kąt pokoju. Mężczyzna zaczął krążyć nerwowo po pomieszczeniu, a następnie usiadł z powrotem na sofie.

          – Człowieku, tak dalej być nie może! Ty już jej nie kochasz, uświadom
          to sobie! – powiedział sam do siebie lodowatym tonem (tak zazwyczaj zwracał się do Aldony). A jednak sam złapał się na tym porównaniu; wciąż o niej myślał. – Siedzisz tu już od miesięcy, zapasy się pokończyły, a kot uciekł gdzieś w głąb miasta – dodał spokojniej, patrząc na swe odbicie w lustrze, po czym sięgnął po starą gazetę, w której zauważył ogłoszenie: Klinika ŁAMLIWYCH serc. Innowacyjne metody w radzeniu sobie ze  smutkami  okołomiłosnymi. Przyjdź, jeśli potrzebujesz pomocy; ul. Żelazna 7.

          Mężczyzna zerwał się na równe nogi, chwycił gazetę, zarzucił na plecy płaszcz
          i udał się pieszo pod wskazany adres.
          Pospieszyński, trzeba przyznać, nie był człowiekiem złym, lecz odznaczał się brakiem refleksyjności i wysublimowania, jak również dużą porywczością. Nie ułatwiało mu to nawiązywania relacji damsko-męskich. Między nim a Aldoną nigdy nie było dobrze; kobieta nie znosiła jego autorytarności i wybuchów gniewu. Mimo silnego uczucia odeszła.

          Teraz Maciej pędził ulicami szarego miasta jak na złamanie karku ze szczerym

          zamiarem przejścia wewnętrznej przemiany. Zadzwonił do kliniki, odczekał chwilę, po czym udał się do recepcji, która jawiła mu się jako raj na tle panującej wokół szarości. Mężczyznę powitała tam miła recepcjonistka. Jasne włosy okalały jej metaliczną szyję, a biały fartuch spowijał jej srebrny korpus.

          – Dzień dobry, czym mogę służyć? – spytała klienta mechanicznym głosem.

          – Znalazłem ogłoszenie w gazecie, chciałbym poddać się leczeniu.

          Postać wysunęła się zza lady recepcji i stanęła przy swoim rozmówcy.

          – Proszę się niczym nie przejmować. Za moment zawołam doktora, będzie pan zadowolony. Od dawna na pana czekaliśmy.

          Niestety, Maciej nie mógł sobie przypomnieć, co nastąpiło po tych słowach. Jednak, kiedy spojrzał na zegarek, uświadomił sobie, że minęły trzy godziny. Wizyta, jak się domyślał, okazała się bezbolesna. Mężczyzna zauważył w swojej dłoni wizytówkę z mailem oraz numerem telefonu. Zapewne dano mu ją na wypadek wystąpienia jakichkolwiek komplikacji.

          Maciej wracał do domu w dużo lepszym nastroju. Kiedy zasiadał przy wieczornej herbacie, nie odczuwał już tęsknoty. Sięgnął po okulary, które niedbale pozostawił wcześniej na podłodze, i zajrzał do skrzynki pocztowej. Odczytał wiadomość: Innowacyjna ingerencja genetyczna, która zapewnia niezapomniane wrażenia, za cenę oddania Pańskiego ciała na potrzeby badań Kliniki ŁAMLIWYCH serc. Już nigdy nie będzie rozmyślał Pan o miłosnych rozczarowaniach. W razie problemów prosimy (nie) pisać.

          – Jakich problemów? – mruknął zaskoczony mężczyzna. – Ja od dziś nie mam już żadnych problemów!

          Dni mijały, a Maciek czuł się coraz gorzej. Doskwierał mu ból głowy oraz okolic serca, lecz dużo gorsze były powracające wciąż obrazy wspomnień dni dzielonych
          z Aldoną, kt
          óre wywoływały w nim rosnące poczucie winy. W końcu mężczyzna postanowił dodzwonić się do sympatycznej metalowej recepcjonistki.

          Gdy opowiedział swoją historię, otrzymał tylko zdawkową informację, że kierownik kliniki zaraz podejdzie do telefonu. Gdy usłyszał znajomy kobiecy głos, zamarł.

          – Och, kochany! O niektórych sprawach po prostu nie da się zapomnieć.

           


           

          Julia Denys, 2cg

          Spowiedź Orfeusza

           

          Liczyłem sekundy,

          minuty,

          godziny,

          głowa nie chciała utrzymać się w pionie.

          Czekałem we dnie,

          czekałem w nocy,

          aż wreszcie wróci z czarnej otchłani…

          Nie chciałem jej rzucić.

          Przypadek.

          Tęskniłem za złotymi włosami,

          przepiękną cerą,

          oczami.

          Jednakże bardziej pragnąłem natchnienia.

          Musiałem spojrzeć,

          chociaż na chwilkę.

          A gdy ujrzałem ją,

          była mała jak szpilka.

          Leciała na dno.

          Poczułem ukłucie.

          Prawdziwy ból, nareszcie.

          Harfa mnie wzywa!

           


           

          Julia Kubiak, 2cg

          Dziennik Laury S. – bezrobotny Syzyf

          14.02.2020

          Dzieci czasem pytają rodziców o to, czym jest miłość. Rodzice zwykle wtedy sami nie wiedzą, co powiedzieć. Niektórzy zaczynają od tego, że są kobieta i mężczyzna i chcą wziąć ślub, mieć dzieci, na co ich dzieci rozsądnie odpowiadają:

          - A jak ktoś nie może mieć dzieci, to nie kocha?

          Inni mówią mądrzej. Kojarzą miłość z ludźmi, których łączy niewytłumaczalna więź i którzy chcą dla siebie nawzajem jak najlepiej. Są też tacy, którzy bez zastanowienia wykrzykują, że miłość jest wtedy, kiedy kocha się kogoś bardziej niż siebie. Brzmi to mało przekonująco, biorąc pod uwagę, że mało kto w ogóle siebie kocha.

          Ja nie odpowiedziałabym na żaden z tych sposobów (może poza ostatnim), bo moje doświadczenia z miłością są trochę inne. Jednak nie chciałabym przerazić nieświadomego
          i nieskrzywdzonego przez innych jeszcze dziecka swoją pesymistyczną definicją, więc musiałabym to jakoś złagodzić, zmetaforyzować. A gdyby poprosiły mnie o wyjaśnienie, odpowiedziałabym bardzo tajemniczo lub posłużyła się starym, dobrym „jak dorośniesz, to zrozumiesz”. 

           

          15.02.2020

                      Nie mogę uwolnić się od wczorajszych przemyśleń, więc postanowiłam zapisać tu dokładnie to, co odpowiedziałabym tym nieszczęsnym, nieistniejącym dzieciom. Byłaby to historia, a w zasadzie opowiadanie, a najtrafniej nazwałabym to reinterpretacją mitu. Przejdę do meritum, bo nie wiem, jak pisać zajmujące wstępy.

                      Był to pochmurny, niezbyt przyjemny dzień. Nic na niebie i ziemi nie wskazywało na jego wyjątkowość. Zmotoryzowani, jak zwykle, stali w porannych korkach, niepracujący przekręcali się z boku na bok z powodu bezsenności potęgowanej przez wezwania do zapłaty nękające ich niczym listy z Hogwartu państwa Dursleyów. Dzieci płakały, że boli je brzuch
          i nie chcą iść do szkoły, czego bezlitosne matki, wyposażone w detektor kłamstw, absolutnie nie chciały przyjąć do wiadomości. Nawet na Olimpie było wyjątkowo ponuro i nieprzyjemnie, a ambrozja miała jakiś gorszy smak.

                      Jednak gdzieś na dalekiej górze pewien strudzony, ale silny król Syzyf przeżywał właśnie najszczęśliwsze chwile swojego życia. Oto kamień, który od wielu, wielu lat próbował nieskutecznie wtoczyć na szczyt góry, wreszcie stanął na właściwym miejscu. Z początku król nie wierzył własnym oczom, myślał, że to złudzenie i że kamień za chwilę znów spadnie. Stał więc nieruchomo przez pół godziny, wpatrując się w znienawidzony przedmiot swojej udręki. Karmił nadzieję w swym sercu: oto jego wzrok powstrzymuje głaz przed kolejnym stoczeniem się. Wreszcie Syzyf odsunął się o krok. Kamień nie drgnął.

          – Ludzie! Oto nastał dzień zbawienia! – zawołał z radością.

                      Zbiegł z góry w stronę najbliższego miasta. Spytał po drodze ludzi, jaki dziś dzień, i był zaskoczony odpowiedzią. Wtaczał kamień przez ponad dwa tysiące lat! Wbiegł do pierwszego lepszego baru i śmiał się do łez. Ludzie patrzyli na niego z zazdrością, gdyż nie potrzebował żadnego alkoholu, by być pijanym. Wystarczyła radość.

                      W tym czasie Zeus na Olimpie był bardzo zagniewany. Wyrywał włosy z głowy, próbując dociec, jak Syzyfowi udało się wtoczyć kamień. Bóg bogów zastanawiała się, jaki popełnił błąd. Źle coś zabezpieczył? Nie chciał uwierzyć, że być może król odbył już swoją surową karę i zasłużył na wolne życie. Nie mógł się z tym pogodzić.

                      Syzyf przez pierwsze miesiące bawił się w najlepsze. Poznał nowych przyjaciół, ogłaszał każdemu radosną nowinę i oddawał się swoim ulubionym ziemskim zajęciom. Po jakimś czasie w jego sercu zagościła pustka. Starał się o niej nie myśleć, ta jednak powiększała się i stała się w końcu nie do zniesienia. Król zmuszony był czymś ją zapełnić, a kiedy już przyjaciele i zabawy nie pomagały, postanowił, że… musi to zrobić, musi znaleźć nową pracę. Szukał wszędzie, gdzie się dało. Nie patrzył na wynagrodzenie (był w końcu królem) ani na warunki (przez wieczność miał wtaczać pod górę kamień). Na początku żaden pracodawca nie chciał go przyjąć z powodu braku kwalifikacji i jego trudnej przeszłości. Nie zraziło go to jednak i szukał dalej. W końcu znalazł jedną, potem drugą i trzecią. Z pierwszej zrezygnował sam, bo nie umiał się w niej odnaleźć; z drugiej został zwolniony, gdyż nie spełniał oczekiwań, a szefowi łatwiej było zatrudnić nową osobę niż zafundować szkolenie. W trzeciej pracy był
          z początku szczęśliwy, bo gwarantowała mu pełen pakiet ubezpieczeń, przyjemne środowisko, brak presji i sprawiedliwe wynagrodzenie. Mimo tego z dnia na dzień przychodził do niej
          w coraz gorszym humorze i nosił w teczce przez miesiące wypowiedzenie. Gdy je w końcu wręczył przełożonej, zapytała o powód rezygnacji, a on mruknął tylko, że nie zasługuje na tę posadę.

                      Syzyf zakończył poszukiwania. Zamknął się w swoim małym smutnym domu i rozmyślał. Kilka razy wykręcał już numer do poradni terapeutycznej. Szukał pomocy, gdyż chciał przystosować się do normalnej pracy i zapomnieć o wtaczaniu kamienia. Ostatecznie odkładał słuchawkę i wracał do łóżka. Nieodebrane połączenia i SMS-y od przyjaciół przestały go już nawet irytować, chociaż ciągle zakłócały pracę telefonu przez nachalne wyświetlanie się na pasku powiadomień. Lodówka świeciła pustkami, tak jak jego dusza.

                      Pewnego dnia obudził się z nieprzyjemnego snu z klarownym postanowieniem. Było pochmurno, nic nie wróżyło korzystnych zmian. Syzyf ubrał się niespiesznie i wyszedł z domu. Szedł bardzo długo, powłóczył nogami i wbijał wzrok w ziemię. Przechodnie mijający go patrzyli na niego ze współczuciem. Kiedy nareszcie dotarł tam, dokąd zmierzał, dwa czarne kruki wydawały przeraźliwe odgłosy. Pewnie chciały go powstrzymać przed tym, co zamierzał właśnie zrobić. Król zignorował krucze ostrzeżenie i wdrapał się na górę. Zobaczył swój dobrze znany kamień i położył na nim dłoń. Kamień był zimny, ale pod wpływem ciepła ręki Syzyfa zareagował jak żywe stworzenie. Syzyf westchnął ciężko i …popchnął go. Delikatnie.
          Z miłością…

           


           

          Julia Kubiak, 2cg

          Puszka Pandory

           

          Zaglądam do skrytki poezji i ciszy,

          Znajduję w niej twój zapach i wspomnienia.

          Zegarek odlicza samotne chwile,

          Wybija godziny mojej tęsknoty.

           

          Synu Eola, dobrze cię rozumiem!

          Wieczny niedosyt jest niczym niewola,

          Sprawia, że wybór staje się iluzją.

          Czuję pragnienie! Gdzież moja Ambrozja?

           

          Czasami miłość jest piękna,

          Jak promyk słońca przenika przez palce.

          Czasami czyni dni szarymi.

          Kocham, czyli tęsknię. I tak bez końca.

           


           

          Julia Kwapisiewicz, 2cg

          Rzeczywistość

           

          Nie bolało, gdy kwiaty od ciebie usychały.

          Nie bolało, gdy otwierałam oczy przy tobie.

          Nie bolało, gdy żegnałam cię przed pracą.

          Zabolało, gdy kwiatów zabrakło.

          Zabolało, gdy nie było cię rano.

          Zabolało, gdy uczucie zgasło.

          Kocham cię na zawsze

          i na zawsze nienawidzę.

          Osobno jesteśmy szczęśliwsi niż razem.

           

          Jagoda Górnisiewicz, 1b

           


           

          Kalina Łabuz, 2cg

          Standardy miłości

           

          Proszę, zostaw mnie.

          Odrzuć moje wyznania, wypowiedziane drżącym głosem.

          Odrzuć moje marzenia o przyszłym życiu jak z obrazka wyśnionym potajemnie.

          Odrzuć moje wersy, pozornie piękne słowa, tak skrupulatnie zapisywane w malutkim notesie.

          Odrzuć moje oczy, zabierz im blask towarzyszący patrzeniu na ciebie.

          Odrzuć moje łzy, by nie przelały się do twoich oczu.

          Odrzuć moje usta, tak bardzo pragnące twoich.

          Odrzuć moje ramiona stłamszone przez Złych.

          Odrzuć moje ramiona zawsze gotowe, by cię objąć, lecz przy tym tak słabe i bezużyteczne.

          Odrzuć moje dłonie, za każdym razem szukające delikatnie twoich jak oazy.

          Odrzuć moje serce, które wyrywa się z piersi na myśl o tobie.

          Zostaw mnie samą na dworcu zmarnowanych snów, tak cudownie szczęśliwych.

          Zostaw, byś zaznał spokoju, a ja – cierpienia, do którego przywykłam.

           


           

           

          Kalina Łabuz, 2cg

          Śladem Syzyfa

           

          witajcie w miejscu wiecznego potępienia

          tu ja i mój głaz gramy główne role

          widownią są śmiertelnicy błagający mnie o opamiętanie

          bogowie siedzą w loży krytyków i śmieją się szyderczo

           

          witajcie w miejscu wiecznego potępienia

          tu nie ma czasu na przerwę

          odgrywamy rolę mitycznego Syzyfa

          tylko że ja zawiniłam miłością oddaniem i wybaczeniem

          gdy upadam ponownie wdrapuję się na górę która mnie zniszczyła

          nie umiem się przewrócić i porzucić bezwartościowego celu

           

          witajcie w miejscu wiecznego potępienia

          tu głos mają jedynie bogowie

          śmiertelnicy to tylko litościwi gapie

          nawołują bym oderwała się delikatnie od głazu

          i poleciała bez zobowiązań w dół

          jednak ja wciąż zbieram żwir

          który przylepiając się do podstawy mego bólu

          przypomina mi o mojej żałosnej tożsamości

          i korzeniach ogromnego cierpienia

           

          witajcie w miejscu wiecznego potępienia

          tu przeżywamy miłość dogłębnie ze wszystkich stron

          przywiążę się sznurem zaufania do każdego

          kto ofiaruje mi centymetr swego szczęścia

          bogowie się nie mylą

          posiadanie głazu daje mi stabilizację

          posiadanie ludzkich serc chociaż na chwilę uświadamia mi moje kruche istnienie

           

          Zofia Jasik, 2c